.:Dodaj do ulubionych
Stare Gry
    .: Logiczne
  .: Platformówki
  .: Przygodowe
  .: RPG
  .: Strategiczne
  .: Symulatory
  .: Zrecznosciowe
  .: Gry tekstowe

Inne
    .: Programy
  .: Kody
  .: Solucje

Serwis
    .: Strona Glówna
  .: Linki
  .: Księga gości
  .: Kontakt
  .: Dodaj do ulubionych


Linki

GRY

Stare gry

Stare gry TopLista









A.D. 2044
Świat pędził ku upadkowi w tempie rozpędzonego ekspresu. Strajki, głodówki, rolnicy bijący się z policją, polowanie na pornografię, wszechogarniający marazm - oto kraj, w którym przyszło mi żyć. Beznadziejne użeranie się o każdą złotówkę, kolejki w sklepach, podwyżki cen biletów autobusowych... Nie dziwcie się, że zdecydowałem się na ten krok. Dla dobra nauki, dla własnego dobra. Spędzę trzy lata uśpiony, zahibernowany, jak to oni mówią. Potem wstanę, zgarnę szmal, wprowadzę się do jakiegoś mieszkania, a kobiety będą walić drzwiami i oknami. W końcu będę gwiazdą. Jeszcze tylko ostatnia konferencja prasowa. Pożegnanie z sąsiadami, papieros z dozorcą (miły człowiek, szkoda, że ma raka i pewno już go nie zobaczę). Parę słów do potomności, uścisk dłoni profesora kierującego projektem. I już leżę na czerwonej macie, a szklane wieko bezszelestnie zamyka się nade mną. Chce mi się spać... zapada cisza, wystawiony w górę kciuk profesora staje się coraz bardziej niewyraźny... odchodzę w bezruch... Odszedłem w bezruch... właściwie to już śpię...
...nagle coś drgnęło. Przez otępiały mózg przebiegła myśl: "Koniec eksperymentu! Budzą mnie. Wreszcie!". Spróbowałem się poruszyć. Nie zdołałem... Zdrętwiały mi ręce, nic miałem sił otworzyć oczu. Oddychałem głęboko i miarowo, niczym płetwonurek, który wynurzył się właśnie z morskich odmętów. Delikatnie poruszyłem palcami. Działały! Uśmiechnąłem się w myślach i z trudem otworzyłem oczy. Nie widziałem nic. "Ciemność! Widzę ciemność! Ciemność widzę!!!" - zacharczałem i zemdlałem.
Obudziłem się kilka (?) godzin później. Niemal bez wysiłku otworzyłem oczy i ujrzałem nad sobą szklaną pokrywę hibernatora. Dotknąłem go. Rozsunął się bezszelestnie ukazując brązowawy sufit. Podniosłem się i usiadłem na skraju łóżka. Nie czułem zmęczenia. Najwyraźniej wstrzyknęli mi coś regeneracyjnego. Ale kto? I gdzie jest? Dlaczego nikt mnie nie wita? Co z dziennikarzami? Czyżby coś poszło nie tak? Rzut oka na wiszący na ścianie monitor ostudził moje zapały. Coś było nie tak. Liga Kobiet? Spotkania z siostrą? Gdzie są mężczyźni? Gdzie, do diabła, są mężczyźni?
Postanowiłem działać. Podszedłem do stolika i zjadłem jabłuszko, a ściślej pastylkę, którą znalazłem w środku. Poczułem się silny jak nigdy dotąd. Zupy tknąć nie tknąłem, gdyż nie miałem łyżeczki. Chwila wysiłku i sprawa się rozwiązała. Łyżka leżała sobie pod stołem (szukaj lokacji zawierającej przedmiot z miejsca: widok na stół z pozycji żaby, znaczy się z ziemi). Zjadłem więc obiad i postanowiłem odwiedzić toaletę. Elektroniczna kabina otworzyła się przede mną niejako czując, iż rzeczywiście mam "potrzebę". Wszedłem po schodach na górę i skorzystałem z toalety (spuść wodę). Za gumofilcami znalazłem tabletkę nieznanego pochodzenia, tuż przy kiblu - starą gazetę. Ze ściany zwinąłem lustro (z miejsca: widok na umywalkę). Zszedłem na dół. Na stoliku, za półmiskiem z owocami, leżały zapałki. Przypomniałem sobie jednocześnie, iż miałem gdzieś Sporty... Otworzyłem pojemnik hibernacyjny (guzik na pachołku po jego prawej stronie) i przeszukałem wezgłowie. Były. Wyciągnąłem jednego fajka i go zapaliłem (wyciąganie: obejrzyj paczkę i wskaż papierosa; zapalanie go - obejrzyj papierosa i weź do ręki zapałki, a potem użyj je na nim). Wspaniałe! Podszedłem do drzwi i dmuchnąłem w czujnik dymu. Chwilę później metal uniemożliwiający mi ucieczkę rozsunął się, a oczom mym ukazała się ponętna niewiasta. Najwyraźniej była wrogo do mnie nastawiona. Chcąc ją udobruchać ucałowałem ją, a ona... padła u mych stóp. Dosłownie!
Opuściłem pomieszczenie odosobnienia. Skierowałem się w stronę zapory laserowej. Nie stanowiła ona dla mnie przeszkody - sprytnie użyte lusterko (w miejscu, w którym zapora jest słaba) doprowadziło do awarii systemu ochronnego. Tuż dalej znalazłem apteczkę, a w niej maskę. Podszedłem do stalowych drzwi po drugiej stronie korytarza i nie czekając na pisemną zgodę jakichkolwiek władz otworzyłem je. W środku było cicho i pusto. Szedłem przed siebie, aż trafiłem do pomieszczeń zsypowych i dziwnej komnaty odgrodzonej kratami. Z pojemnika wyjąłem szpulkę zielonej nici. Rozejrzałem się - nie było dokąd iść. Postanowiłem więc zaryzykować skok do kanałów zsypowych, gdzie utylizowano stare szmaty. Przywdziałem maskę gazową, podniosłem za uchwyt klapę i hop - zanurzyłem się w czarną otchłań.
Leciałem krótką chwilkę, po czym uderzyłem z jękiem o twarde podłoże. Znajdowałem się w dość dużej piwnicy, tuż obok gorącego pieca służącego najwidoczniej do spalania owych szmat. Było naprawdę ciepło, lecz mimo to nie poddawałem się. Podszedłem do stojącego na torach wagoniku i wygrzebałem zeń pogrzebacz. Później przestawiłem hamulec ręczny tegoż wspaniałego urządzenia i obszedłszy je dookoła - pchnąłem. Wózek potoczył się kilkanaście metrów, po czym stanął. W miejscu, gdzie się pierwotnie znajdował, tkwił olbrzymi kamień. Podniosłem go z niemałym trudem, pod nim siedziała zszokowana mysz. Schwyciłem ją i schowałem sobie do kieszeni. Kto wie, może spotkam jakąś okropną kobietę i trzeba ją będzie postraszyć?
Naprzeciwko pieca znajdowały się duże, miedziane drzwi. Pchnąłem jedno z ich skrzydeł, otworzyło się. Wszedłem do obszernego pomieszczenia. Kręte schody prowadziły wysoko do góry, pod nimi znajdowało się biurko oraz metalowe wiadro. Z wiadra wyciągnąłem bolec, z szuflady w biurku młotek. Uruchomiłem stojącą tam wiertarkę, następnie pod wiertło podłożyłem znaleziony żeton "A". Jeden ruch pokrętłem i już miałem w nim śliczną dziurkę. Pchnąłem się więc po schodach na górę. Stała tam stara, dawno nie otwierana szafa. W jej dolnej szufladzie znalazłem brudną rękawiczkę, zaś pod szafą - klucz. Dzięki niemu otworzyłem kraty i znalazłem się... w pomieszczeniu ze zsypem.
Znów nie wiedziałem, co robić dalej. Z nudów przewiązałem przez dziurę w monecie znalezioną nić. Niewiele to jednak zmieniło i w związku z tym postanowiłem raz jeszcze zaryzykować skok w szmacianą czeluść.
I znów wylądowałem na twardej posadzce piwnicy. Otrzepałem się z kurzu i stanąłem pośrodku pomieszczenia. Po chwili rozmyślań podszedłem raźno o pieca i założywszy rękawice otworzyłem go. Do środka wwaliłem mój osobisty identyfikator (przedmiot, z którym rozpoczynasz grę), spłonął w okamgnieniu. Zadowolony z siebie udałem się z powrotem na górę, aż do pomieszczenia, w którym, jak głosił napis, wrzucało się donosy. Nie miałem oczywiście donosu, nie byłem wszak komunistycznym szpiclem. Wrzuciłem więc mysz. Siedząca w środku funkcjonariuszka MO czmychnęła niczym łasica. Podszedłem więc do jej biurka i przejrzałem leżące tam ściśle tajne materiały. Zgasiłem lampkę i otworzyłem szufladę. Znalezionym tam kluczem wyłączyłem zieloną zaporę. Za nią mieściła się niezamieszkana cela. Zainteresowała mnie nie tyle swoista atmosfera odosobnienia panująca w tym pokoju, a zapisana kartka leżąca sobie w najlepsze na ziemi. Wyciągnąłem pogrzebacz i z wielkim trudem podsunąłem sobie ów kawałek papieru pod nos. Stały na nim cztery cyfry. Kod do szafki po drugiej stronie pokoju! Doskoczyłem błyskawicznie do biurka numer dwa i wklepałem cyfry w elektroniczny cyferblat. Drzwiczki otworzyły się cicho ukazując mym oczom komplet metalowych wajch. Ustawiłem je obie w pozycji "do góry" i ze śpiewem na ustach opuściłem pomieszczenie.
Drzwi po przeciwnej stronie korytarza stały otworem, wystarczyło wdusić przycisk. Znalazłem się więc w malutkim pokoiku z windą, a właściwie drzwiami do takowej. Wklepanie jednego z imion umieszczonych w teczce "Ściśle tajne" dało mi dostęp do tego wspaniałego urządzenia. Wszedłem do środka, a drzwi głośno szumiąc zamknęły się za mną. Z gzymsu ściągnąłem śrubokręt - swoją drogą ciekaw jestem, kto go tam zostawił.
Pojechałem na pierwsze piętro licząc od góry. Po wyjściu z "dźwigu osobowego" ruszyłem prosto przed siebie i po przeciśnięciu się przez wąski korytarz stanąłem przed kabiną teleportacyjną. Jeden ruch ręką i już była otworzona. W środku leżał sznurek, który sobie przywłaszczyłem. Samej maszyny nie zdołałem uruchomić. Wróciłem więc do windy i zjechałem na trzecie piętro. Pomiędzy dwoma kolumnami przewiązałem sznur i dałem krok w przód. Pojawiła się jakaś ohydnie tłusta baba, która chciała mnie uderzyć. Dzięki naciągniętej linie straciła równowagę i fiknęła stylowego kozła. Spakowałem linę do plecaka i ruszyłem przed siebie. Tuż przy drzwiach na końcu korytarza stało stare, rzeźbione krzesło. By go nie brudzić, wyściełałem je gazetą, a dopiero potem wlazłem na nie. Na framudze drzwi znajdował się klucz. Użyłem go i po chwili byłem w pokoju przypominającym antyczne muzeum.
Przeszukałem pokój bardzo dokładnie. Znalezione przy płaskorzeźbach dłuto schowałem do kieszeni mając nadzieję, że się kiedyś przyda. Przy biurku stało krzesło. Spocząłem na nim i przeszukałem szuflady. Jedna z nich dała się otworzyć, w środku znajdowała się przepustka. Podbiłem ją jednym ze stempli stojących na stole, a następnie wrzuciłem pod maszynę stemplującą, jaką widziałem gdzieś w okolicy płaskorzeźb. Uruchomione żetonem urządzenie dopełniło formalności - teraz mogłem już wszystko!
Wpakowałem się do windy i wywiozłem swój tyłek na pierwsze piętro. W kabinie hibernacyjnej odkręciłem śrubkę od "parkomatu" i ze środka wyciągnąłem kolejny żeton A. Udałem się do okienka, które znajdowało się po sąsiedzku. Funkcjonariuszce zaprezentowałem legitymacje partyjną i przepustkę, w zamian mogłem wejść do kolejnego pomieszczenia. Tam otworzyłem pogrzebaczem lewy pojemnik i wyciągnąłem zeń rękawice. Przywdziałem ją, a następnie dostałem się do czerwonej kieszonki na piersiach jednego ze skafandrów. W ten sposób stałem się właścicielem pilota.
I wiecie co? Przydał się! Na jednej ze ścian pomieszczenia, w którym właśnie się znajdowałem, tkwiła sobie wesoło fotokomórka. Machnąłem w jej stronę pilotem i nagle otworzyły się dwie zasuwy od paneli umieszczonych symetrycznie po obu stronach drzwi. Z lewego wyciągnąłem dwie złączki i umieściłem je we właściwej kolejności w panelu po prawej. Potem poprzyciskałem guziczki oznaczone wielokątami - w kolejności od kwadratu do siedmiokąta. Po chwili mogłem iść dalej.
Winda niestety nie działała - sprawdziłem to empirycznie, włamując się do kabiny przy pomocy młotka. Zrezygnowany poszperałem przy silniku, który jednak za Chiny Ludowe nie chciał się uruchomić. Znalazłem za to klucz francuski oraz solidny kamień. Ten pierwszy wykorzystałem na zamku szafki - w środku znajdował się śliczny przycisk odpalający napęd windy. Polazłem do kabiny i po krótkiej, acz nieprzyjemnej chwili zdziwienia stwierdziłem, iż mam za krótkie ręce. Nie mogłem dosięgnąć przycisków! Trzy razy miotałem kamień w kierunku guzika "w górę" i dopiero ten ostatni rzut zaowocował sukcesem. Znalazłem się na najwyższym piętrze tej dziwnej budowli.
W zamek umocowany na klapie pod sufitem wmontowałem bolec. Pchnąłem go z całych sił i klapa otworzyła się. Podciągnąłem się i wpełzłem na górę. Zobaczyłem ciemność. Ciemność widziałem. Schwyciłem zapałki, ciach! i już cokolwiek widziałem. Przede mną rozpościerał się księżycowy krajobraz zniszczonej jakimś kataklizmem Ziemi. Bez drzew, bez słońca, bez jakichkolwiek śladów życia! To było straszne!
Przede mną stał potężny pręt zwieńczony kopułką, z jakimiś przyciskami umieszczonymi z jednej strony, przypominający amerykańskie parkometry. Wdusiłem zielony guzik i... zapaliła się lampa na suficie! Wszystko to było jakimś totalnym oszustwem! Rozwścieczony walnąłem młotkiem w jeden z leżących tam kamieni. Ów pękł ukazując moim oczom przerażonego żuka. Schowałem go do kieszeni i podszedłem do kamery monitorującej otoczenie. W szafce, na której stała, znalazłem buteleczkę materiału radioaktywnego i mały pojemnik z fosforem. Tą pierwszą, za przeproszeniem, stłukłem pogrzebaczem - a co będę dotykał świństw! Fosfor wziąłem i wróciłem do windy. Chwyciłem za hamulec ręczny i w mgnieniu oka byłem już na dole. Potem krótki sprint do drugiej windy, tej ładniejszej.
Zjechałem na pierwsze piętro. W pomieszczeniu z pieczątkami znajdował się sejf. Otworzyłem go przy pomocy fosforu. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, iż wewnątrz znajduje się zapalniczka! Żadnych papierów wartościowych, żadnych zielonych, szeleszczących banknotów, po prostu zapalniczka! Cóż było robić, schowałem ją do kieszeni i polazłem do windy. Na drugim piętrze znów odwiedziłem kobietę od donosów - tym razem do jej pokoju wrzuciłem żuka. W szafce w biurku, przy którym zwykła siadywać, znalazłem nóż. Ponieważ nic innego nie udało mi się znaleźć, skierowałem swe kroki z powrotem na górę, do dziwnego pomieszczenia z makietą pustynnego krajobrazu.
Odszukałem miejsce, w którym płócienna powłoka namiotu była najwyraźniej zszyta. Rozciąłem ją i śmiało dałem krok do przodu. Znalazłem się w normalnym, nieskażonym świecie! Co prawo na prawo była jeno pustynia, po lewej jednak stronie ciągnął się długaśny mur okalający czyjąś rezydencję. Przywiązałem linę do ostrokołu i pociągnąłem się na niej. Po chwili byłem już pod owym pałacykiem. Ładnym pałacykiem, przyznać muszę.
Podszedłem bliżej. Drzwi były niestety zamknięte. Wystarczyło jednak ruszyć głową, by klucz się znalazł. Leżał sobie najspokojniej w doniczce tuż przed wejściem! Wszedłem do środka i nie myśląc wiele wparowałem do pokoiku po prawej stronie. Tuż pod wiszącym tam obrazem znalazłem drucik. W znajdującej się obok fontannie coś pływało - bałem się jednak zanurzyć dłoni w napromieniowanej, ciężkiej wodzie. Przy pomocy sześciennego klucza otworzyłem zawór w boku zbiornika. Po chwili byłem już właścicielem zamokniętego naboju od dubeltówki. Postanowiłem go wysuszyć i wyszedłem na zewnątrz. W pewnej odległości od willi stała śliczna ławeczka. Podszedłem do niej i ciapkę odsapnąłem. Następnie skierowałem się w stronę fosy okalającej domek i przecisnąwszy się pod mostem znalazłem się po jego drugiej stronie. Cofnąłem się parę metrów w tył, ku olbrzymiemu drzewu rzucającemu cień na niewielką paprotkę. Tam znalazłem kilka suchych kawałków drewna, które to postanowiłem wziąć. Przydadzą się do kominka, noce mogą być przecież bardzo zimne! I znów wlazłem do tajemniczej rezydencji. Za wiszącą po lewej stronie tarczą znalazłem tajny schowek, a w nim latarkę. Za tarczą z prawej były dwa bezpieczniki. Wykręciłem jeden z nich, okazało się, iż był przepalony. Sprytnie naprawiłem go przy pomocy znalezionego parę chwil wcześniej drucika. Potem wsadziłem go na miejsce i popędziłem do kominka. Jego dno wyściełałem drewnem, doprawiłem przeterminowaną gazetę, a następnie odpaliłem całość od zapalonego papierosa. Od razu zrobiło się cieplej! Obok fotografii bobaska ustawiłem wciąż jeszcze mokry nabój i udałem się do sąsiedniego pokoju. Tam wlazłem na taborecik i ze ściany ściągnąłem dubeltówkę. Fajna była!
Za nogą strojącego przy oknie stojaka znalazłem baterie. Użyłem jej pod biurkiem - dzięki temu zdołałem dojrzeć przycisk odbezpieczający bramę. Wyszedłem na zewnątrz, za bramę, celem zabezpieczenia liny, dzięki której włamałem się na teren posiadłości. Wracając zahaczyłem o śliczną, białą altankę, gdzie wdrapałem się na zegar słoneczny, by u sufitu znaleźć identyczną linę. Może to były siostry?
Wróciłem do domu, bo robiło się już ciemno. Przejrzałem biblioteczkę - zainteresowało mnie oryginalne, pierwsze wydanie dzieła Kopernika. Pierwsza kartka książki wydała mi się jednak dość dziwna, aż pachniało od niej cytryną. Wyrwałem ją więc i przypaliłem w ogniu. Oczom mym ukazał się tajemniczy napis. Przeczytałem go i, ma się rozumieć, rozpocząłem poszukiwania sejfu. Wcześniej jednak załadowałem dubeltówkę suchym już nabojem.
I znalazłem. Sejf był tuż za książką! Ustawiłem pokrętło na godzinę dwunastą, a następnie przekręciłem 5 razy w prawo, 7 razy w lewo i na koniec 3 razy w prawo. Wtedy regał zadrżał i oczom zdumionego mnie ukazała się... winda. Wszedłem do środka i zjechałem na sam dół. Stojącego tam robota Bronię rozwaliłem ze strzelby. Następnie przywiązałem obie liny do końcówek dźwigni i wparowałem do pomieszczenia laboratoryjnego. To tu produkowali dzieciaki! Biegusiem ustawiłem odpady na zero, a chromosomy X i Y na 50%. Wajchę po prawej dałem na 100% i... zaczęło się! Mój syn zaczął się rodzić! Czyż życie nie jest piękne? Classic Games - Solucje Stare Gry













Allegro - największe aukcje internetowe, najniższe ceny! Kup i sprzedaj!


GRYzonie.pl || Klasyka filmowa, gier, muzyki! Ściagaj za darmo!

Copyright 2008 Stare Gry All rights reserved

stare gry, stare gry,
Design downloaded from FreeWebTemplates.com
Free web design, web templates, web layouts, and website resources!